SK
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SK. Pokaż wszystkie posty

26 marca 2017

Skrzydła Zwycięstwa III - Reaktywacja

Kolejna część już za mną. W końcu akcja jest tam, gdzie powinna ^^


- Spokojnie. - Pociera mi plecy, gdy widzi moją minę w lustrze. - Miej trochę zaufania do chłopaków. - Uśmiecha się promiennie w sposób, który definiuje jej słodkość.

- Wiem, ale...

Rzucam spodniami o podłogę. Co ja mam zrobić? Przecież ich nie zostawię! Samych, bez pomocy. Byłam z nimi od zawsze, jak ich teraz opuszczę. Niewybaczalne!

- Odtrutka. - mówi nagle, oblewając mi stopy gorącą wodą.

- Co?

Zdejmuje przemoczoną koszulkę, sama wylewa na siebie miskę wody. Zarzuca włosami do tyłu. Spogląda mi prosto w oczy. Coś knuje, mała żmija.

- Przyjmijmy jego zlecenie. Czuję od niego lek. Słodki, sycący... - Przeczesuje palcami kosmyki. - Nie wiem. Ambrozja? Tylko tak mogę to wyjaśnić.

- Dobrze. Miejmy nadzieję, że nie jest to niewykonalne. - Na chwilę staję przy drzwiach. Ryzyko jest ogromne. Nie ufam temu gościowi. - Stąpamy po kruchym lodzie, Bambi.

- A kiedy po nim nie chodziliśmy? - pyta z przekąsem.

- Ty chyba sobie żarty stroisz? - prycham, nie chcąc uwierzyć w to, co mówi nasz gość. Chociaż bardziej by tu pasował włamywacz. - Bogowie, ci wszechpotężni - Tutaj nie mogę powstrzymać się od cudzysłowiu. - i cudowni bogowie poprosili mnie i moją rodzinę o wykonanie misji? - Czarnowłosy kiwa głową, jakby rozmawiał z umysłowo chorym. - I nie wypada odmówić? Bo co? Oberwę piorunem?

- Dokładnie. - potwierdza z uśmiechem na twarzy.

- Nie kłamie. - Widmo właśnie wraca po wzięciu krótkiej kąpieli. Wcześniej nawet nie zdążył palca zamoczyć. - Nawet, jeśli brzmi jak obłąkany. - Tak, nawet widzący prawdę może nie wierzyć czemuś takiemu.

- Jest zdrowy, psychicznie też. - Nasz przyszły klient dziwnie się przygląda węszącej Bambi. - Zbyt zdrowy, jak na mój nos. Czym się tak nafaszerowałeś, co? - Dziewczyna pochyla się nad jego ramieniem, dokładnie lustrując czarne oczy.

Roszpunka, który wcześniej gdzieś wyparował, nagle wypada ze stajni.

- Arejon zniknął.

Jeszce tego brakowało. Trujące ptaki, tajemniczy emo-zleceniodawca i znikający koń. Idealny scenariusz do powieści detektywistycznej. Kiepskiej powieści detektywistycznej. Nawet nie muszę szczypać się w policzek, żeby zrozumieć, że to rzeczywistość. Wystarcza mi palący, rwący i cierpiący brzuch oraz zmęczenie. Najchętniej położyłabym się spać. Obudzę się jutro, w ciepłej pościeli, czekając w naszej jaskini na kolejne zadania.

- Ech... - Wcześniejsze ciche szepty przyjaciół znikają. Jakbym władała magiczną różdżką. - Któregoś dnia ten gruby koń powiedział mi ciekawą rzecz. Nie przekazałam wam, bo sama uważam to za niezły absurd.

- No? - Roszpunka rozsiada się obok gościa, zapominając chyba na chwilę, że wcześniej groził mu mieczem. - Jaki niezły absurd?

- Powiedział mi, że formalnie jest naszym opiekunem. - Widząc, że nie za wiele im to rozjaśnia, mówię dalej. - Te obozy. Wysłali go tutaj dawno temu, kiedy znaleźli mnie i Roszpunkę. Tutaj jest zbyt niebezpiecznie, by powstał kolejny obóz. Szczególnie tylko dla paru dzieciaków. Wszystkich wysyłają do Ameryki.

- Faktycznie bzdura. - przerywa mi brat. Strasznie gadatliwy jest przy obcych. Nie lubię w nim tego. - Czego nas nie wysłali?

- Nie powiedział. - Wzruszam ramionami. Koń jest skryty, nie lubił nigdy dzielić się wspomnieniami o Obozach.

Cisza zapada na dłużej.

Wszyscy myślą. Dlaczego? Po co? No bo przecież po kiego zostawiać tu małą grupkę osób i wysyłać do nich opiekuna? Nikt nam nie powiedział. Arejon też milczał przez lata. Zawsze, jak się go pytałam to unikał odpowiedzi.

- Gdzie teraz jest? - pyta Bambi. Całkiem szybko przyswaja wiadomości do głowy. Rzadko przejmuje się czymkolwiek na dłużej.

- Mówił coś o Hazel. - Przybysz jakby wzdryga się na to imię. Ignoruję jego reakcję, nie jest dla mnie czymś wartym uwagi. - Przyjaciółce. Miał do niej wrócić, kiedy ktoś po nas przyjdzie. Mniejsza o niego. Pokaż ten list. - Wyciągam dłoń po kopertę. - Chcę wiedzieć, kim jest poważany bóg, który nam to zleca. Jak się nazywasz?

- Nico.

- Świetnie. - Otwieram zwitek papieru. Czytam na głos, żeby wszyscy zrozumieli. - Drodzy Herosi. Proszę was o wypełnienie bardzo ważnej misji. Większość Półbogów nie mogło jej podołać. Jesteście naszą ostatnią deską ratunku. Szczegóły wyjaśnię na miejscu. Jeszcze raz bardzo proszę byście nie porzucali waszych pobratymców i przybyli do Obozu Półkrwi. Chiron. - Biorę głęboki oddech. Nie podoba mi się to. Nie jesteśmy fundacją charytatywną...

- Wizyta w Ameryce? Brzmi fantastycznie! - No i zrozumiał. Nasza podróżna długowłosa pragnie przygód. - Asas, siostrzyczko, nie odmówisz, co? - Wyszczerzył zęby w tym swoim strasznym uśmiechu.

- Najwyżej ich wykiwamy i zwiedzimy parę miejsc. - Bambi puszcza oczko do Nica. - Nikt się nie obrazi. - Na jego twarzy miga cień uśmiechu.

- Pod jednym warunkiem. I mówię to do ciebie, nasz drogi kliencie. - Wskazuję palcem wprost na jego nos. - Doskonale wiemy, jakie zagrożenie przynosi walka z potworami. Mimo to dalej podejmujemy ryzyko. Jeżeli to przekroczy wszelkie granice bezpieczeństwa, jakie sobie postawiliśmy, to nici z ratowania świata. - Chłopak dalej wpatruje się w mój palec. Wyciągam do niego drugą dłoń, chcąc dobić targu. - Umowa stoi, Nico?

- Przysięgam na Styks. - Ściska pewnie w odpowiedzi. Wydaję z siebie tylko ciche "hę?", bo nie wiem, czym jest ta przysięga. - Spłonę, jeżeli nie dotrzymam. - wyjaśnia pokrótce. Ma się rozumieć, że jej dotrzyma, nie? Brat skacze z radości. Nigdy nie był na zachodzie, a za dużo się o nim oczytał.

- Pakujcie manatki. Jedziemy do Nowego Yorku. - Cała trójka z entuzjazmem rzuca się do nory na górze, służącej za magazyn wszelkiego sprzętu. No cóż, mała wycieczka dobrze nam zrobi. - Zabierzcie nowocześniejszą broń. Łuków i mieczy mają tam pewnie więcej od naszych. - W sercu coś mi miło kołacze. No, ja też się troszkę cieszę.

Wstaję, chcąc do nich dołączyć. Chwilę potem upadam, jak długa. Jad. Zaczyna się. Ciekawe, jak długo jeszcze będę mogła się poruszać? Chichoczę nerwowo pod nosem. Mrowienie w stopach powoli się rozchodzi, jakby nigdy go nie było. Nie chcę się ruszyć. Będzie gorzej. Muszę jak najszybciej zakończyć to zlecenie.

Nico, zamiast mi pomóc wstać, podstawia batonika. Nie chcę, żeby mnie na rękach nosił, w końcu jest obcym. Batonik? Mam się nim podeprzeć czy jak? Spoglądam na niego z powątpiewaniem.

- Czekolada nie odtruwa, chociaż byłoby mi to na rękę. - mówię wrednie.

- Jedz, poczujesz się lepiej. - Dalej patrzę na niego jak na idiotę. - Gorzej ci nie będzie. - Wrzaski z góry stają się głośniejsze. Kłócą się. - Jak coś ci się stanie to mnie ubiją. No jedzże! - Ponagla, gdy ja siedzę wryta w ziemię.

Raz kozie śmierć.

- Miejmy nadzieję. - Otwieram, a zapach czekolady zatyka mi ślinianki. Tak dawno nie miałam słodyczy w ustach. - Ok, to mnie przekonało. Nic im nie zostawię. - Wpycham sobie prawie całego do ust. Czarnowłosy prycha, jak uśmiecham się do niego z pełnymi policzkami.

- Powoli, nie chcesz chyba się udławić. - Wyrywa mi resztę z rąk. Miauczę niezadowolona. Zabrał mi jedzenie! I to obcy! - Więcej nie trzeba.

- Sknera! - Syczę, gdy przyjemne ciepło zmusiło mnie do podniesienia się z podłogi. Znowu prycha. Normalnie jak kot! - Pamiętaj, ja dalej cię nie lubię. Podziękuję za magiczny batonik, ale to nie oznacza, że stanę się dla ciebie kumplem, czaisz? - Chcę mu dać do zrozumienia, że będę miała go na oku. Nie podoba mi się jego umiejętność. Jest nie do obejścia dla mojej grupy.

Niebezpieczna.

- Czaję.

Kiedy już wypełniliśmy nasze niewielkie torby podróżne po brzegi, zaprowadza nas niedaleko Stac an Duain – skalistej wyspy, która cieszy się zainteresowaniem głównie fotografów. Którym musieliśmy się za każdym razem tłumaczyć, co robimy z pełnymi torbami zakupów w tak nieprzyjaznym miejscu.

- Oświecisz mnie, jak się tam dostaniemy? – Poprawiam bagaż, żeby nie zsunął mi się z ramienia. – Statek za tą skałą ukryłeś?

- Cieniem was wszystkich nie zdołam przenieść. – Podchodzi bliżej krawędzi i spogląda w dół. Przepaść jest całkiem duża. – Ale tam jest wejście do całkiem przyjemnego skrótu. – Uśmiecha się, iście diabelsko.

Roszpunka warczy cicho. Nie podoba mu się ten gość, a już na pewno nie podoba mu się jego skrót. Pachnie kłopotami. Cofamy się wszyscy parę kroków, mając na wyciągnięciu ręki broń.

Chłopak zdejmuje rękawiczkę i z impetem uderza otwartą dłonią w ziemię. Ziemia się trzęsie, czuję, jak pod moimi nogami trzaska grunt. W szoku upadam na kolana, ale nie ogarniam sytuacji, bo parę sekund później wszystko się uspokaja. Nico odwraca się do nas, odsłaniając skalisty most.

- Zapraszam do Labiryntu. – Łał. Też tak chcę. – Panie przodem. – Pochyla się lekko, z dziwnym uśmiechem, którego nie mogę sprecyzować. Prycham.

- Jak coś mnie zeżre, to będę cię nawiedzać dzień i noc. – Rzucam, unosząc sztylet w obronnym geście. – Dżentelmen się znalazł.

- Przyzwyczajony jestem. – Mruczy cicho, idąc tuż za mną po moście.

- Oby. – Słyszę z tyłu głos Bambi. – Ja też ci nie odpuszczę, makaroniarzu.

Założę się, że mina mu kwaśnie, słysząc obelgę.

- Lepsze to niż gnicie w kadzi. – mówi jeszcze ciszej. – Uważajcie pod nogi. Labirynt lubi płatać figle.

14 marca 2017

Skrzydła Zwycięstwa II - reaktywacja

Powracam w zawrotnym tempie. Niedługo powinny się tu pojawić rysunki, bo trochę się ich nazbierało.
Miłego czytania!



Czuję jak spadam. Moje skrzydła rozpadają się. Nie mam głosu, nie mogę wydać żadnego dźwięku. Próbuję się czegoś złapać ale ściany są całe w glutowatej mazi. Jest tak ciemno, że nie widzę własnych dłoni. Nie mogę płakać ani się śmiać. Czuję tylko ból w żołądku. Porażka. Przegrałam. Niemożliwe. Uderzam o ziemię. Nie mogę się ruszyć, mam dziwnie wykręcone biodra. Jestem przerażona. Jestem tak przerażona, że nawet nie mogę zaczerpnąć oddechu.

Nie chcę umierać.

- Asas! - Komuś z płaczu łamie się głos. - Asas! - Kto to jest? - Oddycha. Co za szczęście!

Och. Znów mam koszmary. I znowu są to koszmary o spadaniu. Tym razem był aż nadto realistyczny. Dalej boli mnie brzuch. Tak właściwie boli mnie wszystko. Tylko dlaczego?

Otwieram oczy. Blask księżyca wżera mi się w źrenice. Po chwili zauważam Bambi, ma twarz umazaną krwią i strasznie rozczochrane włosy. Obok niej Roszpunka i Widmo ociekają wodą. Obydwaj trzęsą się z zimna, chociaż próbują to ukryć. Z ich pociętych twarzy, wcześniej umytych przez wodę, teraz spływają bursztynowe smugi krwi. Wszyscy mają w oczach wymalowaną ulgę.

Pamiętam.

Wpadłam do morza. Za mną przeogromne stado morderczych ptaków. To one rozszarpały mi brzuch, który w tej chwili rwie mnie bólem. Koszmar nawiedził mnie dzięki Widmowi.

- Bambi nie rycz. - Siadam, przeklinając ludzką delikatność. - Martwa nie jestem. - Świetnie, charczę jak stary traktor. - Idźcie się ogarnąć. Jak coś was złapie, to spotkanie ze śmiercią mam już załatwione.

Dalej się mi przyglądają, niczym zbite psy. Wzdycham głęboko nad ich troską. W myślach. Ręką sięgam po apteczkę, którą pewnie przyniosła blondynka. Pokracznie przegrzebuję jej zawartość, bo moje palce są jak miniaturowe kłody. Kątem oka widzę, jak dalej się na mnie gapią.

- Asas... - Głos Widmo zdaje się być pełen goryczy. Kaleczy mi tym serce. - Na pewno sobie poradzisz?

- Wszystko ok. - Stoi jeszcze przez chwilę. Nie powinnam tak żerować na jego umiejętnościach. Odpłaca mi się tygodniami troski. - Nic mi nie będzie. Koszmary śnią się każdemu, nawet bez twojej pomocy.

Brat prawie siłą zaciąga go na piętro, do łazienki. Bambi już z niej wychodzi. W tym czasie szarpię się z bandażami, które nijak nie chcą porządnie się ułożyć. Jęczę za każdym razem, jak przez przypadek dotknę rany.

- Beze mnie sobie nie poradzisz. - Blondynka z uśmiechem na twarzy odbiera mi opatrunek. - Unieś lekko ręce. Dobrze. - Bez protestów wykonuję polecenia. Jeżeli ktoś tu się zna na leczeniu, to właśnie ona. - Teraz będzie bolało. - Prawie skaczę. Piecze. - Nie jest tak źle, trzeba to tylko zaszyć, bo wda się zakażenie. - Na chwilę milknie, przysuwając twarz do mojego brzucha. - Tylko ten zapach mnie niepokoi. Trucizna?

Reaguję z niezłym opóźnieniem. Wiem, że z jej zdolnością węchu, potrafi dokonać cudów. Ale trucizna? Że niby dlaczego?

- Co ty gadasz, złotko. - Chichoczę nerwowo. Naprawdę pech trzyma się mnie strasznie kurczowo. - Te ptaki nie są trujące. Bylibyśmy już martwi. - Chcę, żeby powiedziała, że to tylko żart.

- To nie jest od tych ptaków. - Powietrze w moich płucach nagle gdzieś niknie. - Jest całkiem silna ale na pewno jest na nią lekarstwo. - Powraca do zaszywania rozcięcia. Widzę jednak, jak jej warga delikatnie drży. - Muszę tylko je szybko znaleźć.

- Bambi. - No powiedz coś. Cokolwiek. Przecież nie jesteś bezduszną maszyną.

Cisza trwa dotąd, dokąd bielutki bandaż nie zostaje zakryty czystą bluzką.

- Parę tygodni, może trochę dłużej. - Jej głos brzmi strasznie mechanicznie. Jak robota. Mam ochotę ją zbesztać.

- Ja jednak uważam, że będzie miała przed sobą długie życie. - Huk i szczęk, charakterystyczny tylko dla spiżu.

Nagle przy mnie znajduje się Roszpunka. W dłoni Bambi dymi broń. Widmo próbuje złapać przybysza.

- Spokojnie. - Głos obcego wydobywa się tuż koło mojego ucha. - Mam zlecenie.

To chłopak w wieku Roszpunki, czyli siedemnaście, może osiemnaście lat. Przypomina mi ludzi pochodzących z Włoch, posiadających piękną, nadmorską urodę. Jego czarny obiór upodabnia go do boga śmierci. W wyciągniętej ku mnie dłoni trzyma list.

List?

- Czego chcesz? - warczę niemiło. Przy jego szyi błyszczą dwa ostrza. - Nikt obcy nie może tu się dostać.

- Przeczytaj. - Potrząsa listem. Na palcu ma sygnet z czaszką.

- Dlaczego miałabym to przeczytać? - Ma pustkę w oczach. Chłopcy czekają na mój sygnał. - Powinnam ci odciąć tę rękę. Nauczyłbyś się przynajmniej pukać. - Uśmiecha się delikatnie.

Roszpunka, nie spuszczając sztyletu, wyszarpuje mu papier z ręki. Nie wiem nawet, ile słyszał z naszej rozmowy. Czy obydwaj z Widmem nas podsłuchiwali? Jeśli tak, to są całkiem niezłymi aktorami. Nie widzę po nich krzty jakichkolwiek emocji. Tylko nieludzkie skupienie na przybyszu. 

Bambi szturcha mnie w ramię. Dalej celując do chłopaka, mówi:

- Wy się nim zajmijcie. Muszę pomóc Asas. - Pomaga mi wstać. Nie odkłada broni. - Będziemy w łazience.

5 marca 2017

Skrzydła Zwycięstwa I (Reaktywacja)

Yaay, wracam. Dobiłam to opowiadanie do ostatniej części, na której je skończyłam. Jestem zadowolona. No, częściowo. Jak ja lubię wracać. ^^


- Mieliśmy tylko jedno zlecenie. Sprawdzić, zatłuc i odebrać należną nam nagrodę. – Jestem zła. – Ale żeby tak to schrzanić!? Argh! – Albo raczej wściekła. Tak, to lepsze określenie. – Co ten gość sobie myślał, mówiąc, że to tylko parę ptaszków? – Tutaj groteskowo przedrzeźniam głos naszego zleceniodawcy. – Tak, na pewno! Parę setek to tylko parę, małych, morderczych ptaszków. – Opadam na kanapę, nieco już zrezygnowana.
- Nic na to nie poradzisz. Napatoczy się inny, może rzuci więcej zielonych? – Roszpunka, jak zwykle opanowuje swój worek, który służy mu za fotel. – Co dziś na obiad? – pyta po dłuższej chwili, sięgając po swoją ulubioną książkę, Hamleta.

- Czyżbyś postanowiła postawić na szali swoje życie, długowłosa? – wtrąca się Bambi, nie odrywając wzroku od polerowanej broni. – W lodówce została moja jajecznica. – Unosi brew, cała w skowronkach. – Chociaż może to już nie jest jajecznica, bo zyskało parę nowych kolorów.
- Roszpunka, ty mój ukochany braciszku. – Składam ręce, jak do modlitwy i spoglądam na naszego nadwornego kucharza oczami kota w butach. – Nie chcesz chyba, żeby zabiła nas śmierć głodowa?

Widmo ucieka do swojej pieczary, zanim wyrok zapadnie na amen. Zwykle nie chce brać udziału w rozmowie, gdzie ważą się losy naszych żołądków. Dobry wybór. Podobnie, jak spokojne przemknięcie Arejona do stajni. Cwaniaczek, znów będzie się opychał tą swoją trawą. A niech mu to niestrawność wywoła.

Okrążam naszą mała przytulną jaskinię, zbierając fanty ze zlecenia. Ignoruję oczywiście sprzeczkę Roszpunki oraz Bambi i kieruję się do zbrojowni. Oni zawsze muszą drzeć koty o byle co. Cóż, nie wtrącam się, bo jeszcze mi się oberwie. Tuż przed mosiężnymi drzwiami słyszę gwizd. Podobnie, jak reszta mojej kompanii.

- Lepiej tego nie odnoś. - rzuca wpatrzony w niebo brat. - Chcą się zemścić? - Jego oczy skrupulatnie lustrują świetlik w suficie.

- Na to wygląda. - szepczę, w ciszy rozdając broń. - One w ogóle posiadają mózg? - Szydzę z ptactwa. Bo to tylko ptactwo. Ludożercze ptactwo.

Każdy kryje się w zakamarkach i cieniach. Koń już wcześniej zniknął w stajni, toteż nie musimy się nim martwić. Kątem oka widzę, jak Bambi układa się za szafką, razem ze swoimi pistoletami. Widmo stoi obok mnie, gotowy skoczyć tuż za mną w powietrze. Roszpunki nie widzę, słyszę za to jego głęboki oddech.

Gwizd staje się coraz głośniejszy.

Musimy mieć pecha. Nie dość, że nie dostaliśmy pieniędzy, padał przez cały dzień rzęsisty deszcz, to jeszcze skrzydlate potworki wybrały nas, jako obiad. Cudownie. Czy tylko mi się zdaje, czy Wyspy Brytyjskie aż tak nie lubią obcych? Bo jak tak, to my się wyniesiemy, tylko niech nam powiedzą to dosadnie. Na przykład listownie. Ok, nie mamy skrzynki, wystarczy kogoś wysłać.

Ale nie ptaki stymfalijskie!

Świetlik rozbija się na drobny mak. Uszy mnie bolą od wszechobecnego skrzeku i pisku. Słyszę serię strzałów. Brzdęk ostrza o ściany jaskini. Dziki krzyk, prawdopodobnie brata. Trzask padających mebli.

Skaczę w górę. Moje skrzydła płoną od nagłego ruchu. Coś gorącego muska mnie po nogach i rękach. Wzbijam się jeszcze wyżej. Czuję mocne szarpnięcie za brzuch. Mój wrzask odbija się echem po pieczarze. Ląduję na balkonie. Wyuczonym ruchem rozszarpuję mieczem jednego ptaka. Jego krew tryska mi w twarz.

Bogate wiązanki Bambi. Potem jej dziewczęcy krzyk. Głuchy łoskot padającego ciała. To Roszpunka. Widmo, cały w piórach, kręci szybkie piruety. Potyka się. Rzucają się na niego wszystkie. Zostaje zakryty setkami skrzydeł.

Hej, hej! To nasz koniec? Tak szybko? Dlaczego? Przecież jeszcze tyle nas czeka. Tyle do odkrycia, nawet w starej Szkocji. Nie odbierajcie mi tego! Nie chcę przegrać walkowerem! To moja rodzina, ona ma biec ze mną! Nie zabijajcie ich! Mówię coś do was! Słyszycie!

Przerażona patrzę na to wszystko. Widzę czerwień. Czerwień przemieszaną ze spiżem. Tu kończy się moja historia.

Rozkładam skrzydła.

Nie.

Moje żyły płoną.

Nie teraz.

Moje pióra pulsują w rytm serca.

- Ja, - Ptaki wzleciały. - Asas. - Ich oczy przewiercają mnie na wskroś. - Wygram! - Słyszę ich pogwizdy. - Teraz i zawsze! - Mój głos ledwo przebija się przez trzepot małych skrzydełek. - Czeka was wieczna porażka z mojej ręki!

Strzelają w moją stronę, jak petardy.

Wylatuję przez świetlik. Całe ich stado podąża za mną. Szaleńczo macham kończynami, byleby trzymać odpowiedni dystans. Lecę coraz wyżej i wyżej. Zimne powietrze smaga mnie po policzkach. Zatrzymuję się i opadam swobodnie w dół. Składam skrzydła. Wiatr szarpie za moje włosy. Morze, nad którym mieszkamy, niebezpiecznie się zbliża. One siedzą mi na ogonie. Ich gwizd jeszcze dociera do moich uszu.

Łapię prąd powietrzny w ostatniej chwili. Niewielkim łukiem kieruję się na wylot naszego domu. Małe potworki są bliżej, niż myślałam. Uśmiecham się na widok stojącego na brzegu Widmo. Jego włosy już zmieniły kolor na głęboką czerń. Ma zamknięte oczy. Mgła wydobywa się z jego rąk, wije się jak ośmiornica, coraz bardziej się wydłużając. Dzika furia, z jaką gonią mnie ptaki, nie pozwala im zauważyć ciemnej mgły przed nami. Widmo otwiera oczy, ja zamykam swoje.

9 listopada 2014

Skrzydła Zwycięstwa IV

I wtedy, ni stąd, ni zowąd, z wody strzela wielki na jakieś dwadzieścia pięter wąż. Gad w ogóle nie ma taktu. No kurczę, a udało mi się stworzyć taką mroczną atmosferę. Drugi raz tego pytania nie uda mi się zadać. A, tak na marginesie, wcale nie mam humoru na tłuczenie potworów. Wcale.
- Możesz użyć czaromowy? - Mówiąc to, wyciągam swój krótki miecz. - Tak, żeby wszyscy się skupili? - Indianka, wcześniej oszołomiona, teraz kiwa lekko głową.
- A ty? - Pyta, kiedy mam odlecieć. Uśmiecham się krzywo.
- Zagram w ciuciubabkę. - Robi wielkie oczy. - Biegnij już.
Skaczę w niebo, Piper biegnie w dół obozu. No tak, ciuciubabka. Mam nadzieję, że to coś ma na tyle mózgu, żebym mogła się z nim pobawić. Heh, Asas, ty to masz poczucie humoru, niesamowite po prostu. Wzbijam się coraz wyżej, wykorzystując moc własnych skrzydeł. Muszę się skupić, muszę skupić jego uwagę tylko na mnie.
Wąż otrzepuje się z wody. Przy zachodzącym słońcu wygląda niemal jak modelka na sesji. Tęcza tworzy rozbłysk wokół jego łba. Patrz na mnie. Przegrasz. To mnie musisz pokonać. Czuję się niemal, jakbym mogła rozmawiać telepatycznie. Tia, ja i telepatia, co jeszcze? Może ogolę sobie głowę i siądę na wózku (Prawie jak Charles z X-men'ów.)? Jestem już na wysokości jego błyszczących ślepi. Są czerwone, prawie jak krew.
Spogląda na mnie.

8 października 2014

Skrzydła Zwycięstwa III

Co chwilę spoglądałam na centaura. Obserwowałam każdy jego ruch dłonią, każdy wydany dźwięk. Czekałam tylko na odpowiedni moment. Kiedy mnie utłucze za to, co mówię o owocach jego pracy. Kilkusetletniej pracy. Ale stał cicho i słuchał, jakby poprzednie wydarzenia nie miały miejsca. Jakby nigdy się ze mną nie sprzeczał, ani nie chciał ze mną walczyć.
Skupiłam się na tłumaczeniu mojego planu. Przecież zawsze tak jest. On nie czuje żadnej urazy do mnie. Zapomniał o przekonaniu, że walka jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Nie musi wygrać, żeby wiedzieć, że ma rację. Po prostu nie chce i nie musi. Ale wciąż boję się, że skrzydła zadziałają bez mojej wiedzy, że zostanę zaatakowana od tyłu.
Dlatego oddziela nas ten stół ping - pongowy. Nie sądzę, aby dwumetrowy, czterokopytny centaur był w stanie zwinnie go przeskoczyć i nie połamać sobie nóg o ścianę pokoju.
- Czyli uważasz, że tylko drużyna z krwi i kości może go zatrzymać? - Kiwnęłam głową na podsumowanie Roszpunki. - Taka jak nasza?

2 września 2014

Skrzydła Zwycięstwa II

Siedzę teraz na fotelu i nie wierzę własnym oczom albo raczej uszom. No po prostu nie wierzę w to, co słyszę. Czy oni już...
- Ty chyba sobie ze mnie żarty robisz, prawda? - Spytałam po raz kolejny tego czarnowłosego chłopaka. - Że ja, człowiek z krwi i kości, jestem półbogiem. I że bogowie poprosili mnie i moją rodzinę, byśmy wykonali misję? I że nie wypada im odmówić? Bo co, oberwę piorunem? - Kiwał głową, jakby rozmawiał z umysłowo chorym.
- Nie kłamie. - Widmo zbierał broń, którą rzucili tak po prostu, gdy wpadłam nieprzytomna do morza. - I widział to wszytko o czym opowiada.
- Nic też nie ćpał, poza tym, czym cały pachnie. - Nasz "klient" popatrzył dziwnie, ale też z zaciekawieniem na Bambi. - Powiesz mi, co to za substancja?
- Arejonie, znasz go? - Roszpunka położył głowę na oparciu kanapy, za którym leżał koń.
- Nie. Nigdy się nie spotkaliśmy... - Zaciął się tak nagle.
- Ale? - Ciekawiła mnie jego interpretacja (Cóż za trudne słowo w moich ustach nagle się pojawiło.) - Gadaj, co wiesz. Kłódki nie znają litości. - Uśmiechnęłam się na myśl o zamknięciu jadłodajni temu grubemu ogierowi.

29 sierpnia 2014

Skrzydła Zwycięstwa I

- Mieliśmy jedno zlecenie. Takie proste. Sprawdzić, zatłuc i odebrać należną nagrodę. Ale żeby tak to spartolić?! To nie na moją głowę. Co ten facet sobie myślał, że pokonamy przeogromne stado ptaków stymfalijskich? I to tylko przy użyciu mniejszego arsenału broni? - Wściekła opadłam na kanapę.
- Nic na to nie poradzisz. Znajdziemy lepszego zleceniodawcę, a nuż da nam więcej kasy? - Roszpunka jak zwykle opanował swój worek z piaskiem, który służył mu za fotel, i czytał książkę jednocześnie słuchając moich wywodów na temat pracy. - Co dziś na obiad? - Łypnął znad liter swoim szarym okiem.
- A co, leniwy kopciuszek nie ma ochoty nic gotować? - Wtrąciła się Bambi. - Jak chcesz, możesz zjeść moją spaloną jajecznicę. - Uśmiechnięta polerowała jeden ze swoich pistoletów SIG-Sauer P232 (nie żebym wiedziała, co te literki oznaczają, dla mnie to po prostu spluwa i koniec) - No to jak? Ty coś ugotujesz czy wolisz, żebym otruła nas wszystkich?
Widmo wstał i skierował się do swojego pokoju. Widać nie chciał czegokolwiek mówić, gdy ważą się losy naszych żołądków. Arejon za to parsknął szczęśliwie i pocwałował do stajni, gdzie miał swoją świeżutką trawkę, zerwaną dziś rano.

© Anonim jest tylko wtedy dopuszczalny, gdy piszący go rzeczywiście jest nikim.
Maira Gall